2007 09
 
 
 

Wolfgang Weingart – prowincjonalny nauczyciel
Ewa Satalecka

Jadąc 8 godzin pociągiem na konferencję Typo-Belin 2007, napisałam artykuł poświęcony wystawie prac Wolfganga Weingarta w Polsce. Znudzony i-book zjadł trzy czwarte artykułu, zostawiając nędznę szczątki trzeciej strony.

Konferencja niewiele miała wspólnego z typografią i mocno osadzała się w kulturze masowej oraz jej problemach. Zapewne to miłe, że każdy, w naszej globalnej wiosce, może zostać kompozytorem, projektantem lub wydawcą – wystarczy chęć szczera i dostęp do internetu. Mnie jednak perspektywa uczestnictwa w programie tego wielkiego domu kultury przeraża. Mam nadzieję, że kilku jeszcze podobnych mi tchórzy poszuka schronienia w niebezpiecznym klubie szacunku dla wykształcenia, wiedzy i umiejętności zawodowych.

Wystawa Weingarta nie ściągneła tłumów dziennikarzy, nie pisały o niej polskie gazety i nie odbiła się szerokim echem jako ważne wydarzenie kulturalne. – „To cmentarz” – powiedział Weingart, kiedy skończyliśmy wieszać ostatnie prace. – „Co Ty mówisz, to wspaniała wystawa!” – zaprotestowałam. – „Nikomu nie potrzebny cmentarz.” – powtórzył. Chciałabym żeby się mylił.

Wystawa pokazywała prace od lat 60. do tych najnowszych. Poprzez szkice, rysunki koncepcyjne do gotowych realizacji ujawniała warsztat. Obnażała koncepcje i sposoby realizacji, rozterki, zmiany, wybory. Czyż potrzeba czegoś więcej, niż tak podana przyjacielska rada Mistrza?

Od wczesnych eksperymentów z czystą typografią – Weingart poszukiwał układu elementów na danym formacie, dystansu między nimi w relacjach poziomych i pionowych, konstrukcji łamiącej prostą, poprzez badanie struktury semantycznej znaku, prowadziła nas ku oznaczaniu terytorium otoczenia i obiektu, dopełnianiu znaczeń, do repetycji, do eksperymentów z narzędziami cyfrowymi i... bieli. To nie jest na pewno cała droga do typografii, ale to spory kawałek, który mogliśmy przejść z Weingartem.

Każda litera jak niezależny byt znajduje swoje miejsce: odległość od horyzontu i najbliższych towarzyszy. Każda kompozycja mówi nam co się między nimi wydarzyło. Czasmi są po prostu sobą – szarym szeregiem anonimowych przechodniów – jak tłum na zdjęciach Andresa Gurskiego. Czasami przebierają się, imitują inne obce formy – jest im do siebie blisko, daleko, uciekają z pola widzenia. Zachowują się jak dźwięki w kompozycjach Bacha, Mortona Feldmana, jak cisza u Cage'a. Interpretują przestrzeń. Budują wieloznaczną strukturę wizualną.

drukuj o autorze podaj dalej komentuj

Get macromedia Flash Player



czytaj również
->Litery w mieście. Taki duży, taki mały...
-> FinalFont - koniec typografii, nareszcie!
->Henryk Tomaszewski – typograf
->ATypI – Cztery dni poza domem – zakończenie
->TypoGraphic 63 po polsku!
->Upadek i zagłada pewnej makiety,
czyli o czym trzeba pamiętać przy
projektowaniu książek w Polsce




komentuj
toya
e-mail | www
2007-09-18 12:12:57

gdzie była ta wystawa? Szkoda, że nie było o niej słychać. Chętnie bym się na nią wybrała, i moi znajomi... :(
mr_proper
e-mail | www
2007-09-18 21:21:09

W Cieszynie
rokai
e-mail | www
2007-09-24 17:30:30

nostalgia i melancholia
diz
e-mail | www
2007-11-06 06:59:56

A ja tam byłem
śliwowice piłem :)


Dodaj komentarz...